Faza przejściowa

Wszystko w życiu jest fazą przejściową. To, że siedzę teraz przy tym biurku, to że spaceruję z psami tymi ulicami, a nawet to, że czekam na coś, co zdaje się nigdy nie przyjść.
Z zasady jestem wielką optymistką. Powtarzam, że szczęścia mam w życiu więcej niż rozumu. A to na co pracuję zazwyczaj zwraca się z nawiązką. Lubię planować jak uczczę sukces, gdy już go osiągnę. Celebruję nowe początki. Tysiące razy próbuję, uczę się, startuję. Bo wszystko jest fazą przejściową – ciężka praca i famfary też.

Dlatego teraz, gdy wylądowałam w fazie, na którą nie mam wpływu. Gdy coś czego chcę z całych sił jest poza zasięgiem, zaklinam wszystkie mądre fazy przejściowe i... chcę tu i teraz. Nie jestem zainteresowana radosnym oczekiwaniem, stoicyzmem czy płynięciem z prądem.
Zawsze jest tak, że im bardziej nie możesz czegoś mieć, tym bardziej wariujesz i starasz się zrobić wszystko, żeby to dostać. Dlatego mężczyźni zdobywają kobiety, a na rozmowach o pracę zachwycamy sami siebie. Instynkt łowcy, albo adrenalina. Jak zwał, tak zwał – wszyscy to znamy. Wzbijamy się na wyżyny własnych umiejętności, tylko po to, żeby zdobyć upragniony cel.
A ja mam aktualnie i jedno i drugie. Tylko ten cel jest tak okrutnie daleki, tak słabo go widzę, że coś we mnie pęka.

Ale wszystko w życiu jest fazą przejściową i kiedyś mija. Prawda? To, że łzy kapią mi na klawiaturę też minie. I mój cel się ziści.

DrukujE-mail

PAMIĘTAM TO DOKŁADNIE

Pamiętam to dokładnie. Było wczesne lato, Lasek Jednaczewski. Mieliśmy po naście lat i jedynym środkiem lokomocji były rowery. To były czas Grona, o Facebooku coś tam już słyszeliśmy, słowo Instagram brzmiało wciąż jak zaklęcie.

Kiedy zamykam oczy widzę nas na kocu, takim brązowym w kratkę. Pamiętam jak później ten koc dokładnie wytrzepywałam z mokrej trawy, źdźbła oblepiały włókna. Czyściłam każdy kawałeczek, żeby mama nie zorientowała się, że znów brałam jej „dobry koc”. Siadaliśmy pod drzewem – nie odróżniam gatunków, ale gotowa jestem przyrzec, że to była wierzba. Była potężna, mocno powyginana. Jakby musiała udźwignąć tysiące takich zakochanych par jak my, i każda ich historia jak tatuaż odbiła się na jej korze.
Siedzieliśmy na tym kocu i się śmieliśmy. Ze wszystkiego. Z głupich słów, z zezowatych spojrzeń, z kształtu chmur. Śmiech z emocji, albo z hormonów – różnie na to mówią. Potem się całowaliśmy, a później - znów przychodziła głupawka. Nie było trudnych rozmów, żadnych deklaracji. Kto by zajmował się takimi bzdurami. Z pod koca przebijały się twarde chwasty, a wiatr plątał mi włosy. Zawiewały na twarz, przyklejając się do malinowego błyszczyka. Nie robiliśmy zdjęć, bo niby czym. Zamiast tego rysowaliśmy palcami po wewnętrznych stronach swoich dłoni. To trochę łaskocze, a trochę uwodzi.

Gdy robiło się chłodno, odklejaliśmy się od siebie i zbyt wolno wracaliśmy na rowerach. Trzymaliśmy się za ręce – albo on mnie ciągnął, gdy nie chciałam pedałować pod górkę.
Pamiętam to dokładnie. I uwierzcie, że to jest najpiękniejsze wspomnienie. Nie, egzotyczne wakacje, nie podniosłe chwile, nie luksusowe SPA i nie wielkie słowa. Tylko ta wrzynająca się w tyłek trawa, gdy mieliśmy po 16 lat.

 

DrukujE-mail

#Było życie odkładane na potem.

 

#Twoje żale są czyimś marzeniem
Wstaję rano i już się krzywię – bo nie ma słońca. Wypijam herbatę i wzdycham znużona – tyle prania do poskładania. Siadam do komputera, a tam maile się piętrzą jak biszkopty na torcie. Dam radę myślę i zabieram się do pracy. A potem nagle, jakiś świst, jakaś myśl. Ale o co Ci chodzi? Czemu narzekasz? Bo masz co robić? Bo masz pralkę, suszarkę i zapas proszku? Bo ciągle jest czegoś za mało?
Zmieniam tryb. Siadam w ciszy. Wychodzę na ogród. Jeszcze wczoraj zirytowałabym się na widok budowy bloku naprzeciwko, dziś macham do pracujących  tam panów i wołam dzień dobry. Za miesiąc będę za tym bałaganem tęskniła.

 #Na coś Czekanie
A gdyby nie ta myśl, gdyby mnie nic dziś nie zdziwiło? Nie wyszłabym na balkon, nie zachwyciła tym jak poziomki szybko dojrzewają. On wpadłby do domu na szybkie śniadanie, a ja, zamiast cieszyć się tym, że jest – marudziłabym, że na tak krótko. Znów zjadłyby mnie oczekiwania. Na coś, na lepszy czas, na lepszą pogodę, na lepszy moment. Na to, żeby się chciało.

#To jest tu i teraz
Nie ma innego, lepszego momentu. Po lipcu będzie sierpień, a potem wrzesień. Nic się nie wydarzy. Przyjdzie jesień, będzie padał deszcz. Wtedy powiem sobie, że przecież ten lipiec był i już go nie ma. Było słońce i już go nie ma. Była herbata i już jej nie ma.

#Było życie odkładane na potem.

 

DrukujE-mail

PANI ELA Z BIEDRONKI



Chciałabym opowiedzieć Wam o pewnej Pani. Nazwijmy ją Panią Elą. Poznałyśmy się w Biedronce. Ja robiłam zakupy, ona siedziała na kasie. Jedną z rzeczy, którą kupiłam była książka. Do ostatniej chwili wahałam się, czy ją wziąć, bo autor "znany jest nie z pisania", a to często źle wróży. Oprócz tego miałam w głowie, że w domu w kolejce czeka stosik lektur. Pani Ela z szerokim uśmiechem powiedziała - "Weźmie Pani. Nie trzeba lubić Kolskiego, żeby dać się porwać. To jest bardzo mądra książka. Czyta się bajkę, a potem się płacze. Trochę jak u Terakowskiej. Czytała Pani którąś jej książkę? Wczoraj skończyłam czytać Kolskiego.. Bardzo polecam". Wryło mnie. Tak totalnie. Pani z kasy w Biedrze specjalistą od literatury-tego jeszcze nie grali.

Za kilka dni Pani Ela zagadnęła mnie pytając jak lektura. Zgodnie z prawdą powiedziałam, że jeszcze się nie zabrałam do ostatniego nabytku. Od słowa do słowa pani Ela poleciła mi jeszcze kilka pozycji z oferty Biedronki. Mówiła to, jednocześnie wbijając cenę na worki na śmieci i podając koleżance kod na cukierki. Sytuacja mocno zaskakująca - Pani na kasie opowiada o tym, co dobrego wypożyczyła z osiedlowej biblioteki i że ona, tak jak ja, rozmiłowuje się w literaturze dla brzmienia słów. Nie czyta historii, nie liczy się fabuła. Piękny język - to jest jej wyznacznik dobrej literatury.

Wróciłam do domu. Chwyciłam zakupioną książkę Kolskiego. Pani Ela miała rację-dwa wieczory i miałam to za sobą. Było ciężko, bo to jest książka z tych, przez które wszystko wydaje się do dupy. Myślisz o tym, jak puste i pozbawione celu jest życie korpoludzia... Ale potem wyciągasz wnioski i uśmiechasz się do słońca.
Biedronka, w której pracuje pani Ela jest "moją" osiedlową. Odwiedzam ją często, więc z utęsknieniem rozglądałam się idąc do kasy. Weszło mi to w nawyk. Miło mi było powiedzieć Dzień dobry Pani Elu! Kto mnie zna ten wie, lubię rozmawiać z ludźmi.
Któregoś razu, gdy już uznałam, że jesteśmy zakolegowane, zapytałam ją - Pani Elu Droga, Pani się marnuje na tej kasie, Pani jest taka mądra, Pani może mieć lepszą pracę. Co Pani tu jeszcze robi? Przecież Pani może mieć w życiu coś więcej.

Spojrzała na mnie smutno, a mi zrobiło się wstyd. Tak strasznie wstyd. Tak jak wtedy, gdy w drugiej klasie powiedziałam, że kolega rzucił we mnie piłką, a on dostał od mamy wielkie lanie. Tylko ja i on wiedzieliśmy, że żadnej piłki nie było... Taki palący, upokarzający wstyd. Pani Ela podliczyła moje zakupy bez żadnego słowa. Myślałam, że umrę, gdy wystukiwałam PIN.

Na koniec, gdy już odchodziłam, nie wytrzymałam i zaczęłam przepraszać... Pani Elu, ja nie chciałam, to nie miało tak zabrzmieć. A ona się tylko uśmiechnęła i cicho powiedziała - Nie oceniaj książki po okładce. A człowieka po pracy. Nie wiesz, co się kryje w jego historii i dlaczego jest tu, gdzie go zastałeś. Do widzenia.

Poryczałam się. Zabolało. Głupia ja.

*Książką, o której mowa jest "Jańcio Wodnik i inne nowele" Jana Jakuba Kolskiego. Polecam.

DrukujE-mail